W tegoroczne wakacje pojechałam na miesiąc do Włoch, co skończyło się u mnie wagą 73kg przy 169cm wzrostu.

Wiadomo codzienne jedzenie makaronów ze wszystkim co możliwe, pizzy, foccaci itp. raczej nie poskutkowało schudnięciem a przytyciem. Wróciłam do Polski. Zerwał ze mną chłopak. Przez 2 tygodnie prawie nic nie jadłam. Patrzyłam w ścianę i całymi dniami leżałam w łóżku. Nic a nic się nie ruszałam. Leżałam i patrzyłam w ścianę. Zmuszałam się żeby zjeść cokolwiek. Jadłam tylko wtedy gdy naprawdę zaczynało mi burczeć w brzuchu lub miałam zawroty głowy. Zauważyłam, że waga mi spada.

Wiem, że myślicie teraz: „przecież to niezdrowe, tak się nie da żyć.” bla bla bla…

Ale w sumie stwierdziłam, że w dzisiejszych czasach ludzie przeginają z jedzeniem. Mają ogromny wybór, jedzą wszystko co leży na półkach. Jedzą z nudów albo dla przyjemności a nie dlatego, że ich organizm tego potrzebuje.

Zaczęły się studia. Niby zaoczne ale biorąc pod uwagę, że ostatni rok spędziłam właściwie w domu, nigdzie nie wychodząc to jednak te 2 dni w tygodniu dają mi trochę ruchu. Jestem na pierwszym roku, więc poznałam sporo nowych ludzi. Nawiązały się przyjaźnie, znajomości. Zaczęłam umawiać się z nimi na imprezy, na piwko, na łyżwy czy zwykłe pogaduchy. Zaczęłam zwyczajnie wychodzić z domu. Tak więc nie tylko 2 dni w tygodniu wychodzę na zajęcia ale na tygodniu również zdarza mi się wyjść z domu „do ludzi”. Jest to zawsze jakaś aktywność ruchowa. Dodam, że nie ćwiczę. Zupełnie nie pociągają mnie ćwiczenia i wysiłek fizyczny. Czasami ewentualnie jak mam wenę to sobie potańczę zumbę.

I tak oto jedząc tylko wtedy gdy mi zaczyna burczeć w brzuchu schudłam do 66kg. Dzisiaj weszłam na wagę aż 3 razy bo nie mogłam w to uwierzyć. Jem słodycze, zapiekanki, fast foody, ale również i normalne posiłki jak naleśniki, pierogi, kanapki, kotlet z ziemniakami, czy placuszki serowe. Jem to na co mam ochotę albo na ile mi pozwalają fundusze. Zauważyłam, że właściwie wystarcza mi jeden lub dwa posiłki dziennie zanim poczuję permanentny głód. Czasami jak czuję głód to jeszcze odwlekam czynność jedzenia o jakąś godzinę bądź dwie z czystego lenistwa.

 

Nie wiem czy to jest zdrowe. Podejrzewam, że zaraz posypie się mnóstwo komentarzy, że powinno się jeść 5 posiłków dziennie mają być białka srałka, ma nie być węgli sręgli.

Szczerze? Nie obchodzi mnie to. Ja jestem szczęśliwa, czuję się zdrowo a do tego chudnę. Życie jest zbyt krótkie aby kierować się jakimiś stereotypami narzuconymi przez społeczeństwo. Mam ochotę zjeść tylko 1 czekoladę w ciągu dnia? To to zrobię! Bo niby z jakiej racji mam tego nie zrobić? Bo to jest takie NIEIDEALNE?