Egzamin za 40 minut a pod drzwiami 50 osób przepychających się kto najbliżej drzwi. 20 osób w tym ja stoi spokojnie z tyłu. Przychodzi wykładowca i daje klucz, stając z tyłu. Patrzy się na dzikusów z politowaniem, szepcząc pod nosem „żenada”. Usłyszawszy to krzyknęłam do tych pod drzwiami „co dzisiaj w promocji? mortadela czy mielonka?”. Trochę poprawiłam mu humor aczkolwiek nie omieszkał przesadzić dwóch ostatnich rzędów do pierwszych ławek.

Kujonem nie jestem ale nie po to płacę czesne, żeby pod koniec studiów wynieść z nich 658kg ściąg i mieć pustkę totalną we łbie. Zauważyłam jednak iż fakt opłacania czesnego ma duży wpływ na oceny. Ocenianie jest niesprawiedliwe na korzyść ucznia. Z jednego przedmiotu zaliczyłam oddając właściwie pustą kartkę bo wolałam się pouczyć do drugiego gdyż oba egzaminy były jednego dnia. Z drugiego piękna dwója (jedyna ze wszystkich 17 przedmiotów i chyba jedyna sprawiedliwa obiektywnie rzecz ujmując).

 

Dziwi mnie podejście niektórych wykładowców. Sesja dziennych kończy się 10 lutego, nasza 15 lutego. Wykładowcy nie patrząc że ktoś może pracuje na tygodniu, ustalają egzaminy w środku tygodnia po 2-3 jednego dnia. Mówią, że to dlatego aby się wyrobić do 10 lutego bo oni sobie pobrali urlopy No im się urlop należy ale nam przerwa międzysemestralna nie

 

Narzucone tempo tak mnie podminowało psychicznie, że to głowa mała. Pod koniec przy ostatnich 3 egzaminach opadłam z sił, zaczęłam grać na fb w gry, poszłam na sesję zdjęciową. Będą pewnie 3 poprawki ale musiałam się odmóżdżyć bo jeszcze chwila a bym płakała z bezradności i frustracji.

 

Opadając z sił, ucząc się i paląc papierosa za papierosem zupełnie zapomniałam o jedzeniu. Kolejne 3kg pożegnałam nawet z uśmiechem na twarzy. Nie było mi jednak do śmiechu jak dzisiaj na uczelni 4 razy o mały włos nie zemdlałam.